Ten tekst będzie inny, niż zwykle. Na moim blogu piszę głównie o prawie medycznym i o tym, jak wyglądają procesy dotyczące błędów medycznych. Ale po obejrzeniu filmu Heweliusz muszę wrócić do zdania, które słyszę od klientów zdecydowanie zbyt często: „Pani mecenas, i tak nie wygramy ze szpitalem. To wszystko jest ustawione, jak w tym filmie Heweliusz”.
Film, a rzeczywistość — podobieństwo nie w procedurach, tylko w emocjach
W Heweliuszu oglądamy postępowanie przed Izbą Morską: zamkniętą, nieprzejrzystą, prowadzącą własne ustalenia, a rodziny ofiar stojące z boku, walczące o to, by ktoś w ogóle wziął ich głos pod uwagę.To jest obraz, który zostaje z widzem na długo.
I choć współczesne postępowania sądowe wyglądają zupełnie inaczej — są jawne, przejrzyste, oparte na zasadzie kontradyktoryjności i z prawem stron do realnej aktywności — to emocje rodzin w filmie są niezwykle podobne do emocji rodzin pacjentów. Pacjent też w walce o swoje prawa staje naprzeciw instytucji większej od siebie.
Dlaczego pacjenci mówią, że „to i tak nic nie da”?
W sprawach medycznych, pacjenci często trafiają na:
- język procedury, który bywa obcy,
- hermetyczność środowiska medycznego,
- poczucie, że szpital jest silniejszy,
- długotrwałość postępowania,
- i trudność w zdobyciu opinii biegłych, które są kluczowe w takich sprawach.
To wszystko tworzy wrażenie, że „system jest nie do ruszenia”.
I choć z prawnego punktu widzenia współczesny proces nie wygląda, ani jak filmowa Izba Morska, ani jak zamknięty klub — to dla kogoś, kto przeżył tragedię, różnica w procedurze nie niweluje poczucia bezsilności.
Co łączy „Heweliusza” z procesami o błędy medyczne?
Nie prawo.
Nie struktura.
Ale poczucie osamotnienia rodzin, które próbują walczyć o prawdę.
W filmie rodziny członków załogi próbują przebić się przez instytucję, która — tak to odbierają — ma swoją wersję wydarzeń i swoje mechanizmy. W rzeczywistości rodziny pacjentów często mają podobne odczucia wobec izb lekarskich, czy dużych placówek medycznych. Ludzie widzą przede wszystkim nie paragrafy, tylko relację jednostka–instytucja. I to jest coś, czego nie wolno bagatelizować.
Co ja mówię swoim klientom?
Mówię im zawsze jedno: procesy medyczne są trudne, ale nie są z góry przegrane.
Są przejrzyste, oparte na dowodach, możliwe do wygrania — o ile prowadzi się je rzetelnie, cierpliwie i z pełnym zaangażowaniem.
Ale rozumiem, ich lęk, bo po obejrzeniu Heweliusza łatwo uwierzyć, że każdy proces, to z góry skazana na porażkę walka z instytucją, która wszystko już postanowiła. Ale tak nie jest …
















